Przynajmniej tak to wyglądało z mojej perspektywy, kiedy zaglądałem do kuchni między jednym a drugim odcinkiem serialu.
– Tato, to wcale nie było tak!
Córka stoi w drzwiach z tym wyrazem twarzy, który znam aż za dobrze. To ten, który mówi: dorośli nic nie rozumieją.
– To było ZUPEŁNIE inaczej. Mogę opowiedzieć?
No to oddaję głos. Bo rzeczywiście – chyba coś przegapiłem.
Miałam iść spać, ale mama powiedziała, że będzie robiła coś w kuchni i żebym jej nie przeszkadzała. A jak ktoś mówi, żeby nie przeszkadzać, to znaczy, że robi coś CIEKAWEGO. Więc nie poszłam spać, tylko usiadłam przy drzwiach i patrzyłam.
Mama wyciągnęła słoik. Był wielki i złoty w środku, jakby ktoś zamknął w nim słońce. I paczkę paluszków – takich zwykłych, co je jemy do filmów. I masło w sreberku. Pomyślałam: to chyba naprawdę nudne rzeczy, co tu robić?
Ale mama włożyła paluszki do torebki i zaczęła je BIĆ WAŁKIEM. Tak po prostu! Robiło BAM BAM BAM i paluszki znikały! Znaczy nie znikały naprawdę, tylko zamieniały się w taki piasek. Chrupiący piasek. Mama jest silna.
Potem wzięła ten piasek z paluszków i wsypała do miski. I dodała to złote słońce ze słoika – łyżka za łyżką, gęste i lśniące. I kawałek masła. I zaczęła mieszać.
I WIESZ TATO, CO SIĘ STAŁO?
Bo ja wiem. Patrzyłam!
Te wszystkie rzeczy – piasek, słońce, masło – zaczęły się ŁĄCZYĆ. Jakby się przyjaźniły i chciały być razem. Mama mieszała i mieszała, a w misce robiła się taka masa, która nie była już ani paluszkami, ani masłem orzechowym, ani masłem. Była czymś NOWYM. Czymś, co pachniało jak ciastka i orzeszki naraz.
To był pierwszy czar.
Mama umyła ręce i zaczęła brać tę masę w palce. I WIESZ TATO CO? Robiła z niej kulki! Takie małe, okrągłe, idealne. Jej ręce się poruszały szybko-szybko i kulki wyskakiwały, jakby same chciały powstać.
Naliczyłam. Było ich DUŻO. Więcej niż mam lat. Więcej niż palców. Mama je układała na talerzyku i wyglądały jak małe planety. Brązowe planety z orzechowego kosmosu.
Potem mama powiedziała, że teraz muszą odpocząć i włożyła je do lodówki. Kulki poszły spać. Ja też powinnam, ale nie poszłam, bo przecież musiałam PATRZEĆ. Wtedy pomyślałam że to już koniec czarowania. Że kulki to jest wszystko. Już chciałam iść do łóżka, ale mama wyciągnęła CZEKOLADĘ. Taką zwykłą, w tabliczce. I garnek. I drugi garnek mniejszy.
W dużym garnku była woda i się gotowała, takie bąbelki robiła. A w małym garnku mama położyła czekoladę. I ten mały garnek położyła NA TYM DUŻYM. I WIESZ TATO CO?
CZEKOLADA ZACZĘŁA SIĘ TOPIĆ!
Nie od ognia! Od pary! Mama powiedziała, że to się nazywa "kąpiel wodna" i że tak robią prawdziwi cukiernicy. Czekolada robiła się miękka, potem błyszcząca, potem płynna jak... jak brązowa rzeka. Albo jak roztopione skarby. Pachniało TAK BARDZO, że aż musiałam wyjść zza drzwi.
– Wiedziałam, że tam jesteś – powiedziała mama. – Chodź, pomożesz!
To była NAJLEPSZA CZĘŚĆ.
Mama wyjęła kulki z lodówki. Były zimne i twarde, takie gotowe. Wzięła dwa widelce i pokazała mi, co będzie robić.
Brała kulkę na widelec. Zanurzała w czekoladzie – CHLUP – kulka znikała w brązowym jeziorze. Wyciągała – i kulka była już INNA. Błyszcząca. Lśniąca. Oblana czekoladą jak płaszczem.
Zrobiła jedną i położyła na papierze.
Zrobiła drugą.
Trzecią.
Za każdym razem ten sam czar – zwykła kulka wchodzi, wychodzi PRALINA. Prawdziwa. Jak ze sklepu, tylko LEPSZA, bo nasza!
Patrzyłam jak zahipnotyzowana. Maczanie w czekoladzie to jest najbardziej magiczna rzecz, jaką widziałam w życiu. Serio. Bardziej niż sztuczki w telewizji.
– A teraz ty – powiedziała mama i dała mi miseczkę z zielonymi okruszkami.
To były pistacje. I drugie orzechy, takie zwykłe. I mama powiedziała, że jak pralina jest jeszcze mokra od czekolady, to można na nią sypać i się przyklei.
Więc sypałam. Każda pralina dostawała czapeczkę. Jedne zielone, inne brązowe, niektóre takie mieszane. Mama mówiła, że jestem artystką. Ja mówiłam, że czekoladki wyglądają jak małe jeżyki. Albo choinki. Albo skarby.
Bo to SĄ skarby. Skarby, które mama wyczarowała ze zwykłych rzeczy!
Potem było jeszcze pakowanie. Mama ma takie specjalne torebki z okienkiem. Okienko jest ważne, bo wtedy widać, co jest w środku i ludzie wiedzą, że dostają COŚ FAJNEGO, a nie skarpetki.
Na każdej torebce napisałyśmy dla kogo jest prezent. Mama pisała imiona, ja rysowałam serduszka. I naklejałyśmy świąteczne naklejki. I takie zielone karteczki, na których jest napisane "Słodkich Świąt" – mama to napisała specjalnym flamastrem, bo umie ładnie.
Torebki są już pod choinką. Stoją tam teraz i czekają na babcię i ciocię, i wszystkich.
I wiesz tato, co jest najfajniejsze?
Że JA WIEM, co jest w środku. Wiem, że to były paluszki i masło orzechowe, i masło, i czekolada. Zwykłe rzeczy z kuchni. Ale mama je ZAMIENIŁA. W coś pięknego, w coś pysznego, w coś, co można dać komuś, kogo się kocha.
To jest właśnie magia. Nie taka z różdżką. Taka z rondelkiem i cierpliwością, i miłością.
Mama jest czarodziejką. I może kiedyś mnie nauczy!
...
No i tyle. Córka poszła w końcu spać, pełna wrażeń i z odrobiną czekolady w kąciku ust (kontrola jakości musi być). A ja zostałem w kuchni z żoną i ostatnią praliną "do sprawdzenia".
Może następnym razem wyłączę ten serial i poparzę na czary razem z córką. Bo chyba rzeczywiście – widziałem składniki, a przegapiłem magię.
Słodkich Świąt – od naszej domowej manufaktury, gdzie zwykłe rzeczy zamieniają się w niezwykłe.
Wydawca portalu Kulturalnie.waw.pl Tomasz Kalka