I'll be back
Terminatora 2 widziałem pierwszy raz jako dzieciak. Na Polsacie, z godziną reklam, które rozrywały film na strzępy. Przerwa na reklamę proszku do prania w momencie, gdy T-1000 przebija się przez ścianę. Czas na jogurt, w oczekiwaniu na atomowego grzyba. Nie przeszkadzało mi to. Siedziałem zahipnotyzowany.
Dopiero lata później zrozumiałem, że to nie był zwykły film akcji. Że pośród wybuchów i efektów specjalnych kryje się coś, co starożytni Grecy znali bardzo dobrze. Coś, o czym pisał Sofokles dwa i pół tysiąca lat wcześniej.
Ale po kolei.
Wyrocznia mówi (albo matka)
Zacznijmy od początku. Od dwóch początków.
Teby, jakieś 2500 lat temu. Król Lajos dostaje wróżbę: zginiesz z rąk własnego syna. Robi więc to, co każdy rozsądny człowiek – oddaje niemowlę słudze z poleceniem, żeby je porzucił w górach. Przebija mu kostki, żeby nie mogło uciec. Problem rozwiązany.
Los Angeles, rok 2003. John Connor żyje poza systemem. Bez telefonu, bez adresu, bez śladu. Wie od dzieciństwa, że pewnego dnia maszyny przejmą kontrolę i zaczną wojnę nuklearną. Że on poprowadzi ruch oporu. Że będzie najbardziej poszukiwanym człowiekiem na Ziemi. Że maszyny będą chciały go zabić.
Robi więc to, co każdy rozsądny człowiek – ucieka. Wymazuje wszystko. Znika.
„Czuję, że przygniata mnie ciężar przyszłości" – mówi na początku filmu. „Uciekam więc dokądkolwiek. Do nikąd."
Widzicie już strukturę? Przepowiednia. Próba jej uniknięcia. I to, co nieuchronnie nastąpi.
Pętla, z której nie ma wyjścia
Edyp dorasta w Koryncie, przekonany, że tamtejsi władcy są jego rodzicami. Aż pewnego dnia ktoś rzuca mu w twarz, że jest podrzutkiem. Jedzie do Delf po prawdę. Apollo nie odpowiada na pytanie. Zamiast tego mówi coś gorszego: zabijesz ojca, poślubisz matkę.
Edyp ucieka. Byle dalej od Koryntu, od ludzi, których uważa za rodziców. Na rozstaju dróg wpada na jakiegoś starca z obstawą. Kłótnia. Bijatyka. Edyp zabija ich wszystkich.
Później rozwiązuje zagadkę Sfinksa, zostaje królem Teb, żeni się z wdową po poprzednim władcy.
Wiecie już, prawda? Starzec na rozstaju to był Lajos. Wdowa to Jokasta. Jego biologiczni rodzice.
Gdyby Edyp nie uciekał z Koryntu, nigdy by ich nie spotkał. Gdyby Lajos nie porzucił dziecka, wyrocznia by się nie spełniła. Każda próba uniknięcia losu BYŁA realizacją losu.
I tu zaczyna się coś pięknego – bo przez trzy filmy seri Terminatora obserwujemy, jak bohaterowie przechodzą od złudzenia wolności do akceptacji fatum.
Terminator 1: Węzeł, który sam się zawiązuje
W pierwszej części Kyle Reese zostaje wysłany z przyszłości, żeby chronić Sarah Connor przed terminatorem. Zakochują się. Spędzają razem noc. Kyle ginie. Sarah jest w ciąży z Johnem Connorem – tym samym Johnem, który w przyszłości wyśle Kyle'a w przeszłość.
Zatrzymajcie się na chwilę. John wysyła swojego ojca w przeszłość, żeby ten spłodził Johna. Co było pierwsze? John czy Kyle? Żadne. Pętla istnieje sama z siebie, jak wąż zjadający własny ogon.
Ale to nie koniec. Terminator zostaje zmiażdżony w prasie hydraulicznej. Jego szczątki – procesor, ramię – trafiają do firmy Cyberdyne Systems. To z nich powstanie Skynet. To z nich narodzi się sztuczna inteligencja, która wyśle terminatora w przeszłość.
Skynet próbując się ocalić, STWARZA warunki własnego powstania. Gdyby nie wysłał terminatora, nie byłoby szczątków. Nie byłoby Skynetu. Nie byłoby terminatora do wysłania.
Edyp pełną gębą. Każda próba uniknięcia losu jest realizacją losu.
Terminator 2: No fate
"NO FATE BUT WHAT WE MAKE". Nie ma losu poza tym, który sami tworzymy. Dwójka to film o nadziei. O tym, że można wyrwać się z pętli. Sarah, John i przeprogramowany T-800 niszczą Cyberdyne Systems. Spalają badania. Tłuką procesory. T-800 sam siebie topi w hutniczym kotle – ze słynnym kciukiem w górę – żeby żadna część jego technologii nie przetrwała.
Dzień Sądu nie nadejdzie. Ludzkość jest wolna. Koniec.
„Przyszłość nie jest zapisana" – mówi Sarah w finale. „Nie ma losu poza tym, który sami tworzymy. Muszę w to wierzyć."
Musi wierzyć. Bo alternatywa jest nie do zniesienia.
Wyszedłem wtedy z kina (znaczy – Polsat skończył nadawać i poszedłem spać) przekonany, że to prawda. Że bohaterowie zwyciężyli. Że los można pokonać.
Terminator 3: Judgment Day is inevitable
A potem, lata później, obejrzałem trójkę.
Film zaczyna się od słów Johna Connora: „Przyszłość nie została zapisana. Sami stanowimy o swoim losie. Chciałbym w to wierzyć."
Chciałbym. Nie: wierzę. Chciałbym.
John żyje „poza systemem". Bez telefonu, bez adresu, bez śladu. Wymazał wszystko. Ucieka przed swoim przeznaczeniem tak, jak Edyp uciekał z Koryntu.
„Czuję, że przygniata mnie ciężar przyszłości" – mówi. „Uciekam więc dokądkolwiek. Do nikąd."
I wtedy pojawia się T-800. Ten sam model, który go chronił w dwójce. Wysłany przez niego samego – z przyszłości, w której Dzień Sądu jednak nastąpił.
Connor pyta: „Nie powinno cię tu być. Zniszczyliśmy Cyberdyne. Powstrzymaliśmy Dzień Sądu."
T-800 odpowiada: „Dzień Sądu jest nieunikniony. Tylko go opóźniliście."
Tylko go opóźniliście.
Trzy słowa, które zmieniają wszystko. Sarah wyryła „NO FATE" na stole. Wysadzili fabrykę. Stopili terminatora. A los i tak ich znalazł. Skynet powstał gdzie indziej. Bomby spadną. Trzy miliardy ludzi zginie. Nic się nie zmieniło oprócz daty.
Nauczyciel, którego Edyp nie miał
I tu dochodzimy do sedna.
Edyp, kiedy odkrywa prawdę o sobie, wyłupuje sobie oczy. Odmawia dalszego patrzenia. Żąda wygnania. Kończy jako żebrak-tułacz, „w bogów nienawiści".
Nikt go nie nauczył, jak żyć z wiedzą o własnym losie. Nikt mu nie pokazał, że można wiedzieć i nie rozpaczać.
John Connor ma kogoś takiego. Ma T-800.
Gniew jest lepszy niż rozpacz
Jest taka scena w połowie filmu. Connor właśnie się dowiedział, że jego wysiłki były daremne. Że nic nie zmienił. Że wszystko, w co wierzył, było iluzją.
Popada w rozpacz. Mówi: „Spójrz na mnie. Nie jestem przywódcą. Nigdy nie byłem i nigdy nie będę."
T-800 odpowiada: „Masz rację. Nie ciebie szukałem. Tylko tracę czas."
Connor wybucha: „Chrzań się, pieprzona maszyno!"
T-800: „Tak lepiej."
Connor: „Podpuściłeś mnie?"
T-800: „Gniew jest lepszy niż rozpacz."
Zatrzymajmy się tutaj. Maszyna – byt bez emocji, bez woli, bez tego, co nazywamy duszą – uczy człowieka, jak żyć.
Nie uczy go, jak zmienić los. Los się nie zmieni. Uczy go, jak ZNIEŚĆ los.
To jest stoicyzm w najczystszej, najbardziej niespodziewanej postaci. Epiktet mówił: nie od nas zależy to, co się dzieje; od nas zależy tylko nasza reakcja.
T-800 nigdy nie czytał stoików. T-800 po prostu JEST stoikiem. Nie z wyboru – z konstrukcji. Nie ma w nim miejsca na rozpacz, bo rozpacz jest nieefektywna. Jest tylko zadanie i sposoby jego realizacji.
Edyp nie miał nikogo takiego. Nikt go nie nauczył, jak żyć z prawdą, która miażdży.
Chęć jest nieistotna
Pod koniec filmu uszkodzony T-800 traci kontrolę nad sobą. Jego pierwotny program – zabić Connora – przejmuje stery. Zaczyna go dusić.
Connor, już prawie martwy, pyta: „Jakie masz zadanie?"
T-800, wciąż zaciskając dłonie na jego gardle: „Ochronić Kate i Johna Connora."
Connor: „Nie zdołasz wykonać tego polecenia."
I wtedy dzieje się coś dziwnego. T-800 zatrzymuje się. Przez jego system przechodzi konflikt dwóch sprzecznych rozkazów. Nie może zabić Connora, bo ma go chronić. Nie może go chronić, bo ma go zabić.
Maszyna się wyłącza. Resetuje. Znajduje inne rozwiązanie.
„Chęć jest nieistotna" – powiedział wcześniej. „Jestem maszyną."
W świecie, w którym istnieje fatum, człowieka od maszyny różni tylko emocjonalny protest. Chęć. Jesteśmy robotem obrażonym na los.
Wyłupanie oczu i odebranie radia
Edyp dowiaduje się prawdy. Jokasta się wiesza. Edyp wchodzi do jej komnaty, wyrywa złote spinki z jej szaty i wbija je sobie w oczy. „Że dotąd wyście nie widziały, co ja cierpiałem i cóż ja popełnił" – krzyczy do własnych oczu. „Przeto na przyszłość w ciemności dojrzycie." Odmawia dalszego patrzenia. Odmawia dalszego życia w świetle. Żąda wygnania, tułaczki, śmierci – czegokolwiek, byle nie musieć znosić świadomości tego, kim jest.
Connor dowiaduje się prawdy w inny sposób. Na pierwszy rzut oka mniej dramatyczny. Ale wejdżcie w jego skórę, zaraz skończy się świat. Dociera do bunkra, który miał być centrum dowodzenia Skynetu. Okazuje się, że to tylko schron przeciwatomowy. Nie ma żadnych kodów. Nie ma czego wyłączać. Ojciec Kate wysłał ich tu nie po to, żeby zniszczyli Skynet – tylko żeby przeżyli.
„Nie mieliśmy szansy, żeby coś zmienić" – mówi Connor.
To jest jego moment anagnorisis. Rozpoznania. Dokładnie ten sam, który miał Edyp.
Ale reakcja jest inna.
Radio trzeszczy. Głosy z różnych baz wojskowych. Chaos. Panika. Ktoś pyta: kto dowodzi?
Connor patrzy na Kate. Patrzy na radio.
Odpowiada: „Ja."
Amor fati
Edyp pada i krzyczy. Connor pada i wstaje w nowej roli. To nie jest różnica charakterów. To nie jest różnica epok. To jest różnica NAUCZYCIELA. Edyp był sam. Poznał prawdę i nie miał nikogo, kto pokazałby mu, jak z nią żyć. Connor miał T-800, który znał prawdę i modelował postawę wobec niej całym swoim – że tak powiem – bytem.
Pamiętacie scenę z ogniwem paliwowym? T-800 jedzie samochodem. Coś w nim trzeszczy. Bez słowa otwiera własną klatkę piersiową, wyciąga uszkodzone ogniwo, wyrzuca je przez okno. Eksploduje.
Żadnej paniki. Żadnego dramatyzmu. Systematycznie, pedantycznie. Wyjął, wyrzucił, wybuchło. Tak miało być.
To jest lekcja, której Edyp nigdy nie dostał. Że można wiedzieć o nadchodzącej katastrofie i działać spokojnie. Że świadomość losu nie musi oznaczać rozpaczy. Że – jak powiedzieliby stoicy – przeszkoda jest drogą.
Kto tu właściwie jest maszyną?
Connor w finale mówi: „Może przyszłość została już zapisana. Sam nie wiem. Ale wiem, czego nauczył mnie Terminator. Nigdy się nie poddawać."
Nauczył go tego ktoś, kto nie ma woli. Ktoś, kto nie potrafi się poddać, bo poddanie się nie jest w jego programie. Ktoś, dla kogo „chęć jest nieistotna".
Czy to znaczy, że wolna wola jest przeszkodą? Że nasz strach, nasza nadzieja, nasza rozpacz – że to wszystko tylko szum, który zagłusza sygnał? Że gdybyśmy byli bardziej jak maszyny, żyłoby nam się lepiej? A może to właśnie jest śmierć? Ta zgoda.
Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Ale wiem, że Edyp wyłupał sobie oczy, a Connor odebrał radio.
Obaj spadali. Obaj wiedzieli, że uderzą. Różnica polegała na tym, że jeden zamknął oczy i krzyczał, a drugi patrzył na zbliżającą się ziemię i szukał miejsca, gdzie upadek będzie miększy.
Może to jest ta ludzka wolność, której szukamy? Nie zmiana trajektorii – trajektoria jest ustalona. Ale zmiana postawy w trakcie spadania?
Maszyna spada spokojnie, patrząc.
My żyjemy.
PS.
Piszę ten tekst i myślę o dziwnej ironii. Terminatora 2 oglądałem jako dzieciak na Polsacie między reklamami. Trójkę widziałem w kinie jako kolejny blockbuster z Arnoldem. Eksplozje, pościgi, jednolinijkowce. Fabuła średnia, efekty niezłe, można zapomnieć po wyjściu z sali.
Dwadzieścia lat później wracam do niego z tekstem Sofoklesa obok i widzę coś zupełnie innego. Widzę grecką tragedię przebraną za film akcji. Widzę wyrocznię wypowiedzianą z austriackim akcentem. Widzę fatum, które Hollywood sprzedało milionom widzów jako rozrywkę – a oni nawet nie zauważyli, że patrzą na Edypa.
Może to jest właśnie ten moment deja vu, od którego zacząłem? Rozpoznanie czegoś, co zawsze tam było, ale dopiero teraz umiemy zobaczyć?
A może – i tu robi się naprawdę dziwnie – właśnie w tej chwili, pisząc te słowa, realizuję jakiś los, którego nie jestem świadomy? Może ktoś kiedyś potrzebował przeczytać akurat to? Może wyrocznia, której nie słyszałem, kazała mi spojrzeć na stary film nowymi oczami?
Nie wiem. Chęć jest nieistotna. Piszę.
Wydawca portalu Kulturalnie.waw.pl Tomasz Kalka
Cytowane fragmenty Króla Edypa Sofoklesa w tłum. Kazimierza Morawskiego